przemyślenia...


Emaus

     

      Droga do Emaus to niewątpliwie nasza osobista droga życiowa. Znamy imię jednego z jej bohaterów – Kleofas. Pod drugie imię zawsze możemy i powinniśmy podstawić nasze imię. Uciekamy z Jerozolimy, bo tam spotkało nas coś strasznego, trudnego do zrozumienia. Po drodze rozmawiamy o tym, co się wydarzyło. Ów dialog z Kleofasem może być naszym wewnętrznym dialogiem, który prowadzimy ze sobą. Powrót jest smutny. Człowiek, na którym oparliśmy nasze nadzieje, po którym tak wiele się spodziewaliśmy, został umęczony, pobity, ubiczowany, można powiedzieć – zmasakrowany, a potem zabity i zawieszony na krzyżu. To miał być „ktoś”! Miał wyzwolić Izraela, miał dać to czy tamto. Tyle się spodziewaliśmy… moja sytuacja w domu nie jest najlepsza i tyle prosiłem Pana, by coś z tym zrobił, ale żadnej odpowiedzi… moje małżeństwo w gruzach… z dziećmi ciągłe problemy… umarł ktoś bliski… nie radzę sobie ze sobą… moja grzeszność mnie przygniata, ciągle to samo, dlaczego Bóg mnie nie uwolni z tego… dużo się modlę, chodzę do kościoła, pomagam innym, dlaczego mimo to nic mi się w życiu nie udaje, a wszystkiego, czego się dotknę, rozlatuje się… życie przecieka mi między palcami… z takimi ideałami szedłem do zakonu i gdzieś to legło, rutyna, wręcz myśli o wystąpieniu, bo tak się nie da żyć bez pasji… Tyle się spodziewamy, a tu… nic, żadnej odpowiedzi… Bóg milczy… zupełnie nie czujemy Jego obecności przy nas…

 

      Lecz kiedy oni o tym wszystkim rozprawiali, On sam, Jezus przybliżył się do nich i szedł z nimi. Tak, czy jesteś w stanie uwierzyć, że Bóg przybliża się do Ciebie właśnie wtedy, gdy wszystko Ci się wali, gdy nic się nie udaje, gdy wszystko wydaje się stracone, gdy życie kosztuje i przygniata niemiłosiernie? Czy jesteś w stanie uwierzyć, że On właśnie wtedy się przybliża i idzie z tobą, że Jemu tak bardzo zależy na tobie, że nigdy nie rezygnuje, by szukać cię na twych drogach, dokądkolwiek byś uciekał? Jeżeli więc Bóg jest, jeżeli przybliża się do nas właśnie w tych momentach najtrudniejszych, to dlaczego…? Dlaczego Go nie widzę…? „Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak, że Go nie poznali”. Tu jest problem… moje oczy. Bóg mnie nie opuszcza NIGDY. Moje oczy, które może przez łzy nadmierne, przez rozpacz, przez ciągłe trzymanie ich w dłoniach, zamiast się rozejrzeć wkoło – to moje oczy nie są w stanie zobaczyć Jezusa, zbyt zamglone, zbyt „uwiązane”… no właśnie…. uwiązane… do czego, lub kogo? Czym jesteśmy zniewoleni, że nie jesteśmy w stanie rozpoznać w tym wędrowcu Jezusa? Wszak chodziliśmy z Nim tyle miesięcy, czy lat, jadaliśmy z Nim, widzieliśmy Jego cuda, mieszkaliśmy z Nim… czym jesteśmy zniewoleni? Może to nasz własny obraz Boga przeszkadza nam Go zobaczyć? Wszak ci dwaj spodziewali się innego Mesjasza, niż w rzeczywistości spotkali. Spodziewali się takiego, który uwolni naród z niewoli rzymskiej, który z pomocą miecza i wojska stanie na czele nowego Izraela… a przecież nie takiego Mesjasza zapowiadali prorocy, co potem ów tajemniczy, póki co, wędrowiec im wyjaśni… Jaki obraz Boga, jaki obraz Mesjasza nosisz w sobie? Jakich interwencji Boga spodziewasz się w swoim życiu? Czy jesteś gotowy na szok? Na Boga, który nie jest obsługiwany, okadzany, noszony na rękach, ale Boga, który służy, myje nogi swoim uczniom, który ociera łzy, pociesza, ale który też umiera za Ciebie?

 

      Idziemy drogą naszego życia, rozpamiętując stracone okazje, stracone życie, grzeszność i krzywdę jaką nam inni zrobili… On jest w tym wszystkim. On – ZAWSZE blisko, właśnie w tych momentach. I wyjaśnia, dotyka słowem, które zarazem jest delikatne i otwierające serca (rozgrzewając je aż do czerwoności) jak i tnące ostro jak miecz obosieczny. „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swojej chwały?” Jeśli drogą prowadzącą do chwały jest droga cierpienia, to czyż nasze życie nie ma być podobne do Jego życia? Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć… czy ja nie mam przejść w życiu trudności, kłopotów, załamań, dołów, grzechów, z którymi trzeba walczyć… ale też nieżyczliwości ludzi, kłód, które rzucają pod nogi, zazdrości i cynizmu, krzywd doznanych… by wejść do chwały Tego, który pierwszy przez to przeszedł? Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć? Ale to nie oznacza naiwności czy biernego poddawania się życiu. To nie oznacza cierpiętnictwa czy smutnego i pesymistycznego chrześcijaństwa, które wpatrzone jest tylko w  krzyż… To oznacza, że ból, smutek, cierpienia nie będą nas omijać, to oznacza, że znajdziemy się też w ciemnościach. Dobrą nowiną jest w tym to, że nie będziemy tam sami: choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną… Ps 23. Nie boję się wchodzić w ciemne doliny, których czasem nie da się ominąć, wcześniej czy później przyjdzie mi w nie wejść… ale nigdy nie będę tam sam. NIGDY! Ale trzeba tam wejść z prawdziwym Panem, nie z Jego fałszywym obrazem… wchodząc w ciemną rzeczywistość z fałszywym obrazem Boga jeszcze bardziej się przestraszymy, nie znajdziemy nadziei i mocy do przejścia przez trudności… Mieć prawdziwy obraz Boga…

 

      Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć…? Bóg jest zawsze przy nas, szczególnie w najtrudniejszych momentach. Nie oznacz to jednak, że zawsze będziemy czuli Jego obecność. On będzie cierpiał ze mną, ale ja nie muszę tego czuć... nie muszę rozumieć… Maryja jest najlepszym przykładem i najlepszą towarzyszką na takie trudne momenty. Ona, kiedy nie rozumiała czegoś, nie panikowała, nie szarpała się, nie rozpaczała, tylko rozważała wszystko w swoim sercu… cierpliwie… znosząc ból przez pokorne „przeżycie” go. Nie uciekała jak ci dwaj z Jerozolimy… Jezus cierpliwie wyjaśnia im Pisma, objaśnia im wszystko… jeśli Mu pozwolimy na to, też będzie nam objaśniał. Jeśli otworzymy nasze serce (nie zamkniemy go w rozpaczy i bólu), jeśli – jak Maryja – wsłuchamy się w Niego, będziemy rozważać sercem, On nam wszystko wyjaśni.

 

      Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć…? Z sercami tak rozpalonymi, choć jeszcze bez świadomości z Kim rozmawiają, wchodzą do wsi, do której zdążali – przybliżyli się do miejsca swojej ucieczki. Ale już byli odmienieni. Przymuszają Go, by zasiadł z Nimi do stołu. Przymuszają! To nie jest cicha i nieśmiała prośba, czy może zechciałby z nimi zjeść czegoś… Serce rozpalone Słowem Pana przymusza Go, by On został, bo ma się ku wieczorowi (bo nadchodzą ciemności jeszcze większe niż te w sercu…?). Do czego prowadzi Pan? Zasiada, błogosławi chleb, łamie i daje im. Wtedy otwierają się ich oczy, wtedy wszystko jest dla nich jasne. Ten, od którego tyle się spodziewali – żyje. Objawia się przez prosty znak, który zapamiętali z ostatniej wieczerzy. Znak łamania chleba. Choćbyśmy nie wiem jak daleko chcieli uciec, w tym prostym znaku, który objawia się w Eucharystii zawsze Go spotkamy. Jeśli pozwolimy otworzyć nasze serce i rozgrzać je do czerwoności Słowem, ujrzymy Go, zasiadającego między nami i łamiącego chleb. Znajdziemy się w Jego chwale! On znika z oczu, ale zostaje w sercu. Wtedy, z sercem pełnym Jego obecności, mamy tyle sił i mocy, by wrócić natychmiast do miejsca, z którego uciekaliśmy, do miejsca naszych nadziei (rzekomo niespełnionych), do miejsca naszych pragnień, które On wypełnia, ale w jak zaskakujący sposób.

      Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? Wiele rzeczy w życiu przyjdzie nam wycierpieć, ale nigdy w tym nie jesteśmy sami, przechodząc przez to wchodzimy do Jego chwały!


                                        archiwum