wprowadzenia do codziennej modlitwy...


W miejscu moich "przemyśleń" chciałbym umieszczać krótkie wprowadzenia do codziennej modlitwy, szczególnie dla tych wszystkich, którzy zasmakowali w modlitwie medytacyjnej proponowanej podczas rekolekcji adwentowych "Pozwól się odnaleźć". Sposób modlitwy, który proponuję, znajdziesz tutaj (modlitwę można skrócić do 15-20 minut), natomiast uwagi dotyczące modlitwy i życia duchowego znajdziesz tutaj. Jeśli nie zaznaczono inaczej, te wprowadzenia do modlitwy są mojego autorstwa (o. Grzegorz Ginter SJ).


Uwaga: czytania na dany dzień znajdziesz tutaj.


Sobota, 2 lutego      święto Ofiarowania Pańskiego    tekst: Łk 2, 22-40

      1. Kiedy czytamy dzisiejszy tekst, może zwróci naszą uwagę częste powtórzenie: uczynili zgodnie z Prawem, postąpili według Prawa... Jezus, który mocno "odstawał" od mentalności ówczesnych mu ludzi, nie przyszedł by "Prawo znieść, ale wypełnić" i widzimy, że to czynią już Jego rodzice. Przyszedł wypełnić Prawo, a więc nadać Mu pełnię - a nie tylko po prostu przestrzegać każdego paragrafu. Nadać pełnię Prawu to znaczy przywrócić mu jego prawdziwą intencję, głębię - a nie tylko zewnętrzne, "materialne" zastosowanie się do przepisów. Jak ja traktuję Prawo Boże, przykazania i nakazy, które mają mnie prowadzić coraz bardziej do pełnej miłości? Czy pociąga mnie ten pokorny przykład Świętej Rodziny, która wypełnia wszystko, co Prawo nakazywało, mimo, że ich Dziecko było Synem Boga?

      2. Prawo nakazywało ofiarować Bogu wszystko, co pierworodne - na pamiątkę wyprowadzenia z Egiptu. Pierworodne to najczęściej było to, co najlepsze, to, czym ludzie chcieli się ucieszyć, ale musieli oddać to Bogu, przedstawić to Mu. Co ja ofiarowuję Bogu? Czy są to rzeczy najlepsze, czy też coś, czego nie boję się ofiarować, bo i tak tego "nie lubię"? A czy jestem gotowy ofiarować Bogu to, co najlepsze posiadam - siebie samego? Całkowicie takiego jaki jestem?

      3. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim... Możnaby powiedzieć, że pokora rodziców, zgoda na całkowite wypełnienie Prawa oraz ofiarowanie Bogu tego, co mieli najcenniejsze - sprawia, że Dziecię rośnie, nabiera mocy i łaska spoczywa na Nim. Oczywiście, nie tylko to, wszak Jezus był także Bogiem, jednak jest niewątpliwe, że pokora i oddanie się Bogu niejako "przywołują" Boże błogosławieństwo i łaskę. Czy wierzę w to? Czy Bóg rzeczywiście jest na pierwszym miejscu w moim życiu? Czy może przyzywam Go dopiero wtedy, jak już sam sobie nie daję rady ze wszystkim (próbując najpierw "pysznie" samemu sobie poradzić, bez niczyjej łaski...). Co mi mówi ten mały Jezus, który jest ofiarowany Swojemu Ojcu przez posłusznych Prawu rodziców?


Piątek, 1 lutego      tekst: Mk 4, 26-34

      1. Królestwo Boże jest porównane przez Jezusa do nasiona. Ta pierwsza część dzisiejszej ewangelii jest bardzo podobna do przypowieści o siewcy. Można powiedzieć, że ta dzisiejsza jest kontynuacją (w pewnym sensie) tamtej. Bo owszem, to ziarno ma w sobie moc kiełkowania, lecz bez ziemi w żaden sposób nie zakiełkuje. Ojciec, który jest rolnikiem ma zawsze dobre ziarno (Słowa), lecz oprócz zasiania go (co czyni nieustannie), musi wykonać jeszcze jedną pracę - przygotować glebę (którą jesteśmy my). Z obu tych przypowieści wychodzi, że nasza praca nad sobą jest swego rodzaju "pasywnością", bardziej "poddaniem się oczyszczającemu działaniu Boga", aniżeli próba samo-oczyszczenia się czy samo-przygotowania pod zasiew. Żadna gleba sama z siebie nie jest w stanie się przygotować (tak samo jak nikt z nas sam nie może dokonać samo-zbawienia). Jak to wygląda w moim konkretnym życiu? Czy pozwalam Bogu działać i oczyszczać mnie? Czy też ja chcę sam wszystko zrobić - samo-oczyścić się?

      2. Ziarno gorczycy - najmniejsze ze wszystkich. Jako pojedyncze, być może słabo zauważalne. Czy czasem w naszym życiu również tak nie jest, że to, co dobre jest mało zauważalne (zło tylko jest jakieś "wielkie", krzykliwe). I dobrze, może tak ma być, ale to wymaga od nas większej czujności, by tego dobra nie przeoczyć. Być wrażliwym na maleńkie rzeczy, które nas spotykają w życiu, a które ostatecznie "budują" w nas wielkie Królestwo Boże. Czy mam - albo chcę mieć - tą wrażliwość?

      3. Jezus głosił im naukę w przypowieściach a bez przypowieści nic nie mówił. I to wszystko o tyle, o ile mogli zrozumieć. Nie jesteśmy wszyscy tacy sami i nie wszystko będziemy tak samo rozumieć. Zgodzić się na powszechne powołanie (powszechne = wszystkich) do świętości, lecz jest wiele dróg dojścia do niej w Kościele. Zgodzić się, że nie jesteśmy tacy sami, że Jezus pewne sprawy objaśniał uczniom na osobności... zgodzić się bez zazdrości... jak to czasem jest trudno...


Czwartek, 31 stycznia     tekst: Mk 4, 21-25

      1. Absurdalne jest zapalanie światła po to, by je ukryć. Słowa Jezusa są dość trudne do przyjęcia, ale tylko dla tych, którzy mają coś do ukrycia. Bo jeśli człowiek chce się z czymś schować (swoimi myślami, intencjami, wartościami, słowami, czynami), niejako "wstydzi się" tego - to znaczy, że nie wnosi "światła", nie jest "światłem". Może więc warto pomyśleć nad tym wszystkim, co "wnosimy" - do naszej rodziny, miejsca pracy, wspólnot, itd.. czy jest coś, czego się tam "wstydzimy" (w znaczeniu, że chcemy to ukryć)? Wkraczamy na teren bardzo trudny - naszych intencji, czy są prawe, szczere, bezinteresowne...

      2. Jezus daje też lekcję słuchania. Kto ma uszy niechaj słucha - tzn. kto ma ku temu zdolność niech to pojmie. Będą więc ludzie, którzy żyją w taki sposób, że nie zdają sobie sprawy z tego na przykład, co wyżej napisałem. Ludzie mniej świadomi tego wszystkiego. Nie wszyscy też ludzie, którym będziemy to tłumaczyć - zrozumieją. Ale też Jezus daje wskazówkę nam - uważajcie jak słuchacie! Bóg wypowiada Słowo - człowiek ma słuchać. Jest to działanie zarówno pasywne, jak i aktywne. Aktywne, ponieważ chodzi o słuchanie przemieniające człowieka. Słuchanie Boga w swoim wnętrzu, gdzie mieszczą się owe wszystkie intencje, pragnienia...

      3. Odmierzą nam miarą, jaką my mierzymy... kto ma, temu dodadzą... W tym się właśnie objawia to, czy słuchamy aktywnie, czy tylko pasywnie. Aktywnie oznacza wcielenie w czyn usłyszanego Słowa. A więc oznacza miarę wielkoduszną, hojną, miłosierną... oznacza, że gdy będziemy pomnażać talenty, to jeszcze nam dodadzą, tak że nadmiar mieć będziemy... Nie ukrywajmy światła, ale chodźmy w światłości, szczerości, prawdzie i prawości...


Środa, 30 stycznia      tekst: Mk 4, 1-20

      1. Jezus opowiada dość prostą przypowieść. Słuchający Go byli przeważnie ludźmi z roli, winnicy, więc doskonale rozumieli to, co mówił. Dla nas również te obrazy nie są obce. Można się zachwycić prostotą Jego języka i plastycznością obrazu - jednocześnie głębią myśli, jaką chce przekazać. W naszym życiu - oprócz tych obrazów wspólnych wielu kulturom - będzie każdemu z nas, osobiście, opowiadał "przypowieści", które będą dla nas zrozumiałe. Będzie do nas mówił przez ludzi, przez rozmaite wydarzenia (Jezus nie tylko jest Słowem ale i Wydarzeniem - zawiera w sobie te dwie rzeczywistości). Czy umiemy odczytywać język, którym Bóg do nas mówi?

      2. Przypowieść o siewcy powinna nam uświadomić przede wszystkim jedną, podstawową sprawę - nie jesteśmy ani siewcą, ani ziarnem. Jesteśmy glebą, która to ziarno ma przyjąć. Od naszego przygotowania zależy, czy ziarno wyda plon i jak wielki. Ten obraz, wzięty z rolnictwa, jest bardzo plastyczny. Rolnik wszak musi z ziemi najpierw powybierać kamienie, potem spulchnić ją pługiem (co dla gleby jest "bolesne"), dopiero potem wsiewa ziarno, czeka na deszcz, słońce... Spróbujmy więc najpierw pomyśleć - czy zgadzam się być glebą? Czy nie buntuję się przeciwko temu, przeciwko pewnej "bierności" przyjmowania? Czy chcę i potrafię już zająć się przygotowywaniem gleby mojego serca na przyjęcie ziarna Słowa?

      3. Warto też na koniec pomyśleć o tych wszystkich czynnościach, które musi wykonać rolnik, zanim wsieje ziarno (kim jest Rolnik?). Co w moim życiu jest "wybieraniem kamieni", co jest spulchnianiem ziemi pługiem (bolesne, raniące), słońce, deszcz... chwasty, które mogą się pojawiać i się pojawiają...? Ponazywaj to wszystko konkretnie w Twoim życiu... co to są za momenty? Jaki plon wydajesz?


Wtorek, 29 stycznia      tekst: Mk 3, 31-35

      1. Spróbujmy najpierw sobie wyobrazić tę scenę. Jezus, otoczony tłumem ludzi, którzy Go słuchają i na zewnątrz Jego krewni, w tym matka. Co czuł wtedy? Co my byśmy czuli w takiej sytuacji? Warto się wczuć i zapytać siebie: Jezu, co chcesz mi przez to powiedzieć?

      2. Jeśli czytasz teraz te zdania to zapewne też dlatego, że chcesz być w tej wielkiej rodzinie Jezusa. Chcesz być Jego bliskim, przyjacielem, bratem. Ta cała sytuacja z krewnymi jest okazją dla Jezusa, by pokazać, kto jest tak naprawdę Jego krewnym (a więc zjednoczonym z Nim więzami krwi). To ci wszyscy, którzy pełnią wolę Boga. Nie ma więc jakichś specjalnych zabiegów, by być w intymnej, rodzinnej relacji z Jezusem - potrzeba pełnić wolę Ojca, którą On - Jezus, przyszedł objawić i wypełnić całkowicie na ziemi. Co Ty na to?

      3. Jak widzimy, tu nie chodzi o żadne wzniosłe uczucia tylko (dobrze, gdy się pojawią, nie są konieczne). Chodzi o pełnienie woli Ojca, o oddanie Mu swojego życia ale tak konkretnie - wypełniając przykazania z tymi najważniejszymi na czele: miłości Boga i bliźniego, okazując miłosierdzie, żyjąc w pokoju, bez zazdrości, szukając tylko dobra dla innych. To kryterium, które daje nam Jezus może nam też pomóc, kiedy relacje z naszymi ziemskimi rodzicami nie są (nie były) zbyt głębokie z rożnych przyczyn. Możemy w ten sposób uporządkować te dwa porządki - ziemski i niebieski.


Poniedziałek, 28 stycznia     tekst: Mk 3, 22-30

      1. Nie mieli czasu się posilić, rodzina uważała, że odszedł od zmysłów, a dziś mamy, iż ci najbardziej uczeni uważali, że ma w sobie Belzebuba i dlatego może wyrzucać złe duchy. Zobaczmy w modlitwie wszystkie te ataki na Jezusa, Jego naukę, Jego sposób życia i działania. Czy my czasem również nie mamy tak, że wszystko wali nam się na głowę, jakby wszyscy się odwrócili od nas i każdy nas atakuje? Lecz tu chodzi o takie sytuacje, kiedy człowiek zaczyna się nawracać, chodzić za Jezusem coraz wierniej i coraz "dalej". Jeśli ktoś tego tak właśnie doświadcza to może być znak, że naprawdę idę za Jezusem, bo przecież "nie jest uczeń nad swego Mistrza - jeśli z Panem tak czynią, to spotka to również Jego sługę"...

      2. Czy zły duch wyrzucałby sam siebie? Wydaje się to absurdem i Jezus im to właśnie pokazuje. W tym kontekście możemy sobie przypomnieć inne słowa Jezusa, że dobre drzewo nie może rodzić złych owoców, ani złe - dobrych. Jeżeli Jezus mocą złego ducha wypędzałby złe duchy to by znaczyło, że kontakt ze złym duchem rodzi dobre owoce - co jest niemożliwe. Warto przemyśleć to w kontekście naszego życia i rozmaitych pokus, które nam się narzucają - szczególnie tych, które zachęcają do czegoś "po pozorem dobra".


Niedziela, 27 stycznia            tekst: Mt 4, 12-23

      1. Na wstępie modlitwy warto sobie wyobrazić Jezusa, który słyszy, że Jan został uwięziony. On wie, że Jego poprzednik zakończył już swoją misję i teraz czas na Niego. Ewangelista ten początek działalności Jezusa stawia w kontekście proroctwa Izajasza, które mówi o tym, że ludziom siedzącym w ciemnościach zabłyśnie światło. Tym światłem jest Jezus wzywający do nawrócenia, nauczający o Królestwie. Światło wchodzi również do naszych serc wtedy, kiedy głoszone jest słowo nawrócenia.

      2. Lecz nie wystarcza Jezusowi chodzić i głosić. Spotyka różnych ludzi na swojej drodze i ich powołuje. Dziś słyszymy o powołaniu rybaków. By iść za Jezusem nie potrzeba jakichś specjalnych przygotowań. Czasem może to być moment - Bóg zaprasza - jaką dam odpowiedź? Przede wszystkim chodzi tu o powołanie do radykalnego pójścia za Jezusem, życia tak, jak żył Jezus (a nie powołanie do jakiegoś konkretnego stanu). Jaka jest moja odpowiedź na to wołanie? Tak naprawdę to odpowiedź trzeba dawać każdego dnia - to codzienne potwierdzanie swojej wierności i miłości, nie tylko słowem, ale przede wszystkim darem z siebie, czynem.

      3. Jezus powołuje tych ludzi od bycia rybakami do... bycia rybakami. Zmienia się tylko "cel" ich rybołówstwa. Z nami Bóg również będzie czynił podobnie. On nie chce niszczyć naszych darów, talentów, cech charakteru (nawet tych trudnych), czy też wad. To wszystko bowiem jest w nas pewną siłą, energią - chodzi o to, by zmienić "kierunek" ich wykorzystania. Jeśli służyły celom grzesznym - by zaczęły służyć dobrym, jeśli służyły celom tylko ludzkim - by zaczęły służyć także celom bożym. Nawet wady Bóg pragnie przemienić w charyzmaty. Czy chcę poddać się tej Jego pedagogii i przemieniać siebie, nawracać i oddawać coraz bardziej swoje życie na służbę Chrystusowi?


      e-DR                      archiwum